Dziennik wyprawy

Sierpień 21st, 2008 Zostaw komentarz Idź do komentarzy

Dzień 1 - 2.08.2008r

Rzym na 3 kołachRuszyliśmy troszkę później niż zaplanowaliśmy. Pod kolumnę Zygmunta przybyło mnóstwo znajomych i rodzina by nas pożegnać i życzyć powodzenia w wyprawie. Na ostatnią chwilę dokonaliśmy drobnych przeróbek monocykla. Zamieniliśmy siodełko na bardziej komfortowe oraz zamontowaliśmy specjalny uchwyt  by zwiększyć komfort podczas jazdy. Dziś przejechaliśmy 85km. Po dwóch spotkaniach z policją (całe szczęście wszystko ok) dojechaliśmy do Rawy Mazowieckiej, gdzie rozbiliśmy namioty. Jutro start koło 6. Planowany dystans to 90km.

Bardziej obszerną relację z dnia pierwszego można przeczytać na blogu admarina.

Dzień 3

Częstochowa na 3 kołachDziś po ciężkiej walce z nieustającym wiatrem oraz kilkoma silnymi burzami dojechaliśmy do Piekar Śląskich. Po drodze zajechaliśmy do Częstochowy gdzie zrobiliśmy dłuższą przerwę. Licznik wskazuje „zaledwie” 291km a my oprócz bólu kolan, zaczynamy odczuwać zmęczenie mięśni. Jutro może dojedziemy do Żywca.

 

Dzień 4

Rzym na 3 kołachWystartowaliśmy o 6.30. początek był napawający optymizmem. Po raz pierwszy wiatr był naszym sprzymierzeńcem! Naszym pierwszym zadaniem było przejechanie GOP-u…

Ciekawostka w Katowicach były znaki zakazu dla rowerów zaraz przed wjazdem do tunelu(bez Katowice tunelmożliwości zawrócenia). Z całego zagłębia wyjechaliśmy około 11…
Problemy zaczęły się po zjechaniu na trasę w kierunku Oświęcimia.  Po raz kolejny jechaliśmy pod wiatr a ponadto nie było zbyt szerokiego pobocza. W Oświęcimiu skręciliśmy na drogę nr 948 w stronę Kęt. Nad zaporą  w Czernichowie dogonił nas Pan Kazimierz z żoną, którego poznaliśmy na postoju, na grobli nad stawami pod Oświęcimiem. Stary kolarz zafascynowany młodym sportowcem (czyt. Antkiem) przejechał 35km aby przywieźć nam biało czerwoną flagę z orłem, którą przymocowaliśmy do monocykla wiezionego na dachu seat-a. Przywiózł również profesjonalny napis na folii przylepnej z napisem WARSZAWA-RZYM, którą nalepiliśmy na tylną szybę. Wielką niespodzianką był napis ANTEK(pomimo ze usłyszał to imię raz jak mama do mnie coś mówiła). Państwo ci pomogli nam znaleźć piękne miejsce na nocleg z widokiem na zalew Żywiecki z Babią Górą i Pilskiem w tle. Dzień zakończyliśmy z przejechanymi 99km i 391.28 totalnego dystansu.

Dzień 5

Rzym na 3 kołachWyruszyliśmy o 7 z…. mordę-windem:) niestety. Dodatkowe górki, a w zasadzie góry bynajmniej nie ułatwiły nam zadania. Tą wiadomość piszę ze sklepu komputerowego NETKOM przy wjeździe do centrum Milówki korzystając z uprzejmości Pana Mateusza Ciszewskiego.
Stan licznika 417.62(wielkie oklaski):) ruszamy w drogę.
Hej przygodo. Komu w drogę temu kij w szprychy;]Trawa dla Antka
Granicę przekroczyliśmy w Zwardoniu. Droga nie była łatwa, jednak liczne podjazdy zrekompensowało nam spotkanie z rodziną jadącą nad Balaton oraz rozmowa z redakcja bikeBoardu napotkaną na szczycie jednego z najostrzejszych podjazdów. Od granicy, tak jak zapowiadali miejscowi, było tylko z górki. Pod wieczór dojechaliśmy do Żyliny. Tam grupa
Słowaków odpoczywających przy piwie w gospodzie, najpierw zaprosiła nas na piwo, a potem po rozmowie, ugościli nas kawałkiem perfekcyjnej trawy w swoim ogrodzie. Licznik wskazywał 485,80. 31:19h jazdy od Warszawy.

Dzień 6

Rzym na 3 kołachWyjechaliśmy o 7. Droga świetna, prawie cały czas pusta i plaska.
Pogoda bezchmurna. Antek odparzył sobie cztery litery i w ruch poszedł puder dla niemowlaków…
W Dubnicach skąd piszemy znowu wzmaga się W MORDE-WIND. Na liczniku 552,66km. Ostatni odcinek 30km przejechaliśmy w niemiłosiernym słońcu wśród pół kukurydzy. Dzień zakończyliśmy kąpielą w rzeczce po kostki. Licznik wskazuje 590,88km.

Dzień 7

Bratysława na 3 kołachJesteśmy w Bratysławie. Dojechaliśmy w deszczu a po drodze nocowaliśmy pod mostemBratysława na 3 kołach
nad Dunajem. Rano padało, więc musieliśmy wyruszyć godzinę później. Ja z mamą poszliśmy na Mszę Św. do katedry, w której był JPII, a ekipa „z Seata” poszła do Tesco uzupełnić zapasy jedzenia. Teraz ruszamy do Austrii. Przed nami bardzo trudny odcinek przez Alpy. Licznik wskazuje 707,78 km, a na mapie w internecie do Bratysławy jest zaledwie 661. Wychodzi na to, że zrobiliśmy około 40 km na pusto, to znaczy po miastach, bez zmiany równoleżników. A miało być tak pięknie…

Dzień 8

Granica austriiZaraz po opuszczeniu Bratysławy, zaczęło wiać. Zaczęło i nie przestało do późnych godzin wieczornych. droga zaczyna być coraz trudniejsza. pedały w monocyklu Antka, trzeba  było wymienić, ponieważ powstał w nich zbyt duży luz w łożyskach. Około 14 do  silnego wiatru dochodzi deszcz:(.  O 16 wjechaliśmy do EBENFURTHU.  W domu u Pana MarkaZaraz za tabliczką końcową drogę zajechał nam samochód na austriackich numerach. kierowcą okazał się Polak spod Jeleniej Góry mieszkający  w Austrii od 32 lat. O nas powiedzieli mu tamtejsi Turkowie. Pan Marek ugościł nas w swoim domku letniskowym na  działce za miastem. Dzień zakończyliśmy z 798km na liczniku.

Dzień 9

Pod góręO godzinie 7 Antek postanowił się wykąpać w basenie pana Marka. Woda nie była ciepła toteż Antek przymierzał się do niej przez długi czas. Wyruszyliśmy o 7.45. o 9.40 zatrzymaliśmy się w Schwarzau na msze. okazało się, że 10.08 to w Austrii święto strażaków. Msza odbyła się więc w remizie. Niestety nie mieliśmy wystarczająco czasu aby zostać na miejscowej imprezie. Później jeszcze kilka razy mijaliśmy podobne imprezy. Po południu mieliśmy pierwszy ostry podjazd.nachylenie Nachylenie 10% przez około 8km. Na szczęście na szczycie czekało na nas jedzonko przygotowane przez Magdę, Basię i Filipa. Podjazd oznacza również zjazd. 15km o nachyleniu 8% Mama pokonała z rozkoszą. Dla mnie, nie było to łatwe. Musiałem być cały czas skupiony, a ponadto od długiego ściskania hamulca łapał mnie skurcz w dłoni co zmuszało mnie do przerw. Zjazdy okazały się dla mnie najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze!  Dlatego chciałbym bardzo podziękować Tomkowi Wysockiemu za monocykl na którym jadę. Dzień zakończyliśmy około 19 na ślicznej łące miedzy polami kukurydzy. Licznik: 897km.

Dzień 10

obozowiskoDziś wyruszyliśmy o 7.30. pogoda bez jednej chmurki. Od samego początku musieliśmy podjeżdżać i zjeżdżać. teraz dojechaliśmy do Graz. Mamy dosyć górek Zastanawiamy się,  którą trasą pojechać by było ich jak najmniej. 14 procent pod góreSłońce jest bardzo silne przez co jesteśmy pięknie opaleni. Dziś pobiliśmy rekord. Do miasta ostatni zjazd miał nachylenie 14%!  Dla mnie było to bardzo ciężkie. Jechałem na zaciśniętym hamulcu a mimo to licznik wskazywał 22km\h! (średnia 16km\h) Mamy hamulce również piszczały. Jedziemy. Licznik: 953.2km; 61:26h. Komu w drogę temu kij w szprychy.

Dzień 10

duzy rowerZ Graz dojechaliśmy do Wildon gdzie czekał na nas obiad. Po dłuzszej przerwie ruszyliśmy do Leibnitz. Tam w parku zobaczyliśmy olbrzymi
rower. Antek nie omieszkał zrobić sobie na nim sesji zdjęciowej. Nocleg znaleźliśmy na polnej drodze między polami kukurydzy.
Pod koniec dnia licznik wskazywał 1003.4km

Dzień 11

w trasie 3 kołaGodzina 6 – mgła totalna. Cały namiot oblepiony ślimakami.  Słońce przedarło się przez chmury dopiero koło godziny 8.30. Wkrotce, koło 10
zaczął się najtrudniejszy odcinek wyprawy. 20km podjaz o nachyleniu 8% zmusił nas do prowadzenia rowerow. Na szczycie zrobiliśmy sobie sesję
zdjeciową na trzykołowym pojeździe (to prawie jak nasz). Konsekwencją podjazdu był rekordowo długi i stromy zjazd: 12km o nachyleniu 15%. W
niektórych momentach nachylenie było jeszcze większe. Prędkość ‘na hamulcu’- 24km\h. Mama zaczęła jeździc szlaczkiem gdyż jej hamulce nie
były wystarczające. Dzień zakończyliśmy na trawniku u gościnnych Austriakow w Völkermarkt. Niespodzianką był przyjazd Polaków ,którzy
najpierw widzieli nas w telewizji, a potem niedaleko ich domu. Ekipa Seata pojechała do nich w gościne, natomiast my zostaliśmy i czym prędzej poszliśmy spać. licznik: 1096.4km.

Dzień 12

doping na trasieNasza austriacka gospodyni zaprosiła nas na ciasto, herbate i… prysznic. O 7.15 wyruszyliśmy. Do Klagenfurtu dojechaliśmy o 8.45. Mamy
rower zaczyna piszczeć. Z moim wszystko w porządku, oprocz tego, że nie chce sam jechac:) być może już dziś będziemy w słonecznej Italii. Stan
licznika: 1124.4km.

 O godzinie 18 przekroczyliśmy granice z Włochami. O 19.50 staneliśmy na nocleg, na polance z dala od trasy. Licznik wskazuje 1201km. W nocy padało.

Dzien 13tunel
Wyjazd o godzinie 7. Trasa prowadzi doliną wród potężnych masywów górskich. Cały czas w dół. Liczne tunele. Rzeka wzdłuż której jedziemy
jest turkusowa. O godzinie 12 wykąpaliśmy się w lodowatej wodzie i zrobiliśmy pranie. Nocleg w Romans. Mnóstwo komarów i duchota. Licznik:
1303km.

Dzien 14
wenecjia atakowana przez wode z góry i z dołuspacer po wenecjii6 obudzily nas dzwony w pobliskim kościele. Święto wniebowzięcia nmp.
Do tej pory jechaliśmy w otoczeniu kukurydzy i lasów topolowych. Teraz jedziemy wzdluż winnic. Przez najbliższe trzy dni wszystkie sklepy będą zamknięte. O 16.30 wjeżdżamy do Wenecji cali przemoczeni. Po
drodze przyłączył się do nas francuski rowerzysta, który objechał na rowerze(dwa kola) Europe. Wenecja zamknięta dla rowerów. Namioty na nocleg rozstawiamy w deszczu. Licznik 1411km

Dzien 15
rowerzystaZmiana trasy. Rezygnujemy z Padwy. Jedziemy do Ravenny. Francuz jedzie z nami. Odłączył się jednak po 30 min, bo musiał wypić poranną kawe. My jedziemy dalej. Trzy dni wolnego powodują korki na ulicach. Pełno samochodów, skuterów i innych. Słonce praży. Jedziemy wzdluż
wybrzeża. O 19.30 dojeżdżmy nad Adriatyk, w którym się kąpiemy. Woda ciepła i brudna:)
Nocleg- 1507.8km.

Dzień 16
ludzie na trasieBudzimy się o wschodzie słonca. 2 km dalej nad Adriatykiem burza. Ruszamy w strone Ravenny. W Ravennie wizyta w kafejce internetowej, udział we mszy sw. w malutkim kościółku, odprawianej przez księdza ‘aktora’. Jednoczesnie włączał pieśni nagrane na plytę :) .
W małych miejsowościach, przez które jechalismy, kilkakrotnie spotkaliśmy Polakow tam pracujących. wesoły francuzW San Vittore po pysznej pizzy z lokalnej pizzeri, spotkaliśmy Pania Wiesie (Polka). Pomogła nam ona znaleźć nocleg, co nie było łatwe. W miasteczku od tygodna trwala festa, która była przedłużona o 2 dni ze względu na deszcz:) wszelakie place były zajęte więc nocowalismy przy drodze za miastem. Nasz francuski kompan, bardzo potrzebował prysznica, więc musiał się umyć lodowatą wodą
z baniaka. Magda ugotowała mu ruskie pierogi, które dostaliśmy od Polki w poprzednim miasteczku. Stan licznika: 1597.9km…

Dzień 17
droga góra dółPo raz pierwszy budzimy się z całkowicie suchymi namiotami. Brak rosy i ciepła noc powodują, że tylko mama wstaje o 6. Reszta ekipy wstaje koło 7. Ruszamy. W Mercato Saraceno, musieliśmy wstąpić do szpitala. Alain (nasz kompan) ma problem z ropą w palcu u nogi. Lekarz stwierdził, że trzeba go rozciąć, ale wtedy nie ma mowy o rowerze. Decydujemy sie na ‘operacje’ poza szpitalem i zmianę obuwia francuza na sandały Antka. Analogicznie, musieliśmy też zmienić pedał z SPD na stary z monocykla. Po południu przekraczamy Apeniny. Droga prowadzi góra, dól. Alain ze swoim 100kg rowerem zostaje w tyle. Dogania nas zaraz przed Pieve S.
Stefano, gdzie spotkaliśmy polska rodzinę i polskiego pielgrzyma, który wędruje z Wejherowa do Rzymu na piechotę. Nocleg znaleźliśmy na campingu La Civietta za miastem. Dojechaliśmy tam ciemną nocą o godzinie 22. Było warto. ciepły prysznic był nam wszystkim potrzebny. Licznik: 1688.5km.

Dzień 18
przechodnie z monoDziś wyjątkowo wcześnie wyruszyliśmy. Podróżujemy przez Umbrie, najstarszą drogą prowadzącą do Rzymu- via Romana. Nawierzchnia podobnej jakości do polskich dróg:)
Po drodze mijamy liczne winnice i plantacje tytoniu, które dojrzewają w GORĄCYM słońcu, które grzeje również nas. O godzinie 13.30 zatrzymaliśmy się na obiad i internet cafe w Umbertide-cita del vino.
Licznik: 1746km, 113:38h. Po południu mieliśmy duże kłopoty ze znalezieniem właściwej drogi. W rezultacie nadrobiliśmy kilka kilometrów, by na nocleg zatrzymać się obok boiska w małym miasteczku S. Maria Rossa. Licznik: 1790.2.

Dzień 19
krajobraz włochObudziła nas cisza. Miasta na wzgórzachCałą noc po boisku biegały dzieci grające w piłkę (w dzień jest za ciepło) i jeździły na motorach. Mijamy piękne stare miasta na szczytach okolicznych wzgórz. Nowe domy utrzymane są w stylu. Po południu, po bardzo długim podjeździe dojeżdżamy do miasta Narni. Tam startujemy po krótkiej przerwie na lodzika:) mijamy pierwsze znaki wskazujące bezpośrednią drogę do Rzymu. Już tylko 86km. Nocleg znaleźliśmy w Otricoli. Licznik:1886.4.

Dzień 20
Wjazd do RzymuWyjeżdżamy punktualnie o 7. To już jest koniec, nie ma już (prawie) nic. Jedziemy via flaminia do Rzymu już tylko 68km. Tutaj brak winnic. W zamian mijamy sady orzechów laskowych i włoskich.

O 12:02 wjeżdżamy do Rzymu.

VIVAT POMIDORY!.

VIVAT ROMA

Udało się! Licznik: 1949.7; 124:40h. Na plac św.Piotra wjeżdżamy godzinę później. CEL OSIĄGNIĘTY. Teraz już możemy tylko odpoczywać.

plac św Piotra

A teraz do domu…

w drogę