
Trudno mi napisać coś nowego o uroku Islandii. Widoki są właśnie takie, jak na zdjęciach w folderach reklamowych i przewodnikach. Piękne. Ściągają do tej cudownej krainy „sakwiarze” z całego świata i trudno się dziwić, bo warunki do jazdy rowerem są wymarzone. Mały ruch, duże niezagospodarowane przestrzenie, głównie szutrowe drogi, piękna przyroda, wulkany, wodospady itp. Dlatego właśnie postanowiłem spróbować przemierzyć Islandię na monocyklu. Wyjeżdżając nie wiedziałem, czy będę się poruszał ‘cywilizowaną’, asfaltową drogą dookoła zwaną ringroad, czy uda mi się przedostać przez osławiony środek wyspy- tzw. interior.
Na miejscu okazało się, że obrosły legendami interior nie jest aż tak niedostępny, zwłaszcza, że trafiłem na najcieplejsze lato dekady. Dzięki uprzejmości pogody udało mi się w miarę bez problemów przejechać z Keflaviku przez Grindavik, Strandakirja, Selfoss, Holaskogur, Geisir, Gulfoss, Landmannalaugar, Sprengisandur do Akureyri i jeszcze dalej przez Myvatn do Asbyrgi. Łącznie przejechałem ponad 750 km na mono z tego w większości po drogach szutrowych, a gdzieniegdzie po tzw. jeep trackach, czyli po prostu po śladach dżipa przez żwirowe pagórki.
Dziennie jeździłem średnio po 60km, z rekordowym dystansem dziennym ok 100km pierwszego dnia.
Nie byłem, jak się okazało, pierwszym mono-turystą na Islandii. Napotkani ludzie opowiedzieli mi o poprzednich… Wcześniej w tym roku pewien Japończyk w 2 miesiące okrążył wyspę drogą ringroad, a pewien Niemiec o imieniu Florian jeździł też szlakami przez wnętrze wyspy. Po wpisaniu w wyszukiwarkę „unicycling in Iceland” można natrafić na info o obydwu. Prawdopodobnie jako pierwszy przejechałem jednak z południa na północ drogą przez Sprengisandur (Florian pisze na stronie qu-axa, że nie mógł tego zrobić, ponieważ wtedy jeszcze leżały resztki śniegu i poziom rzek był za wysoki).
Nie ma chyba sensu opisywać całej podróży dzień po dniu. Zwykle wstawałem, gdy słońce trochę podgrzało powietrze i można było bez przykrości wypełznąć ze śpiwora. Zwijałem namiot, jadłem śniadanie, celebrowałem picie kawy i oglądanie mapy, a następnie, z ociąganiem, ruszałem w drogę. Na campingach często wypytywałem rowerzystów o stan dróg itp. Głównie po to, żeby nie zapomnieć ludzkiej mowy:). Zwykle nie używałem zegarka. Nie było się gdzie śpieszyć: jasno, na tyle żeby spokojnie jechać było do ok 23. Przemieszczałem się zwykle co najmniej do 21, systematycznie, ale powoli, z licznymi krótkimi przerwami. Regularne przerwy są (jak dla mnie) konieczne, ze względu na dyskomfort powodowany przez siodełko. Nie zsiąść przez dłużej niż 10-15km to już zakrawa na masochizm:) Bardzo polubiłem trudniejsze szutrowe, kamieniste drogi ponieważ jazda po nich jest urozmaicona- trzeba balansować, omijać przeszkody, stawać na pedałach, uważać na zjazdach, prowadzić na ostrzejszych podjazdach… to wszystko sprawia, że jedzie się ciekawie. Poza tym, te drogi prowadzą przez najpiękniejsze krajobrazy, jakie umiem sobie wyobrazić. Na asfalcie monotonny rytm pedałowania jest strasznie męczący dla kolan i siedzenia.
Najpoważniejsze przeszkody na jakie napotkałem to wiatr i rzeki do przejścia w bród. Tak już zaznaczyłem we wstępie, miałem niesamowite szczęście jeśli chodzi o pogodę. Padało mało i nigdy dwa dni z rzędu, nie miałem więc problemu z wysuszeniem mokrych rzeczy. Od wiatru na Islandii nie ma ucieczki. Kilka odcinków przejechanych pod wiatr (wiadomo- w plecy nigdy nie wieje:) dało mi nieźle w kość. Niesamowite, jak jazda z wiatrem w twarz wysysa siły. Ale w tej kwestii też miałem szczęście: nie wiało tak, żeby nie dało się jechać. A krążą legendy o wiatrach, które potrafią rower z sakwami porwać i fiknąć nim koziołka. Na drogach przez interior występują liczne rzeki i znacznie mniej liczne mosty. Trzeba więc umoczyć nogi i zacisnąć zęby bo woda płynąca z lodowca do ciepłych nie należy. Poziom wody jest bardzo zależny od pogody. Mnie ciężkie przeprawy ominęły- najgłębiej zamoczyłem się nieco powyżej kolan.
Dość często zdarzało się, że ludzie zatrzymywali samochody i zagadywali, a jeszcze częściej po prostu pstrykali zdjęcia i jechali dalej. Bywali też bardziej troskliwi, którzy pytali czy mnie nie podwieźć. Nieliczni wpadali na pomysł, żeby mnie poczęstować jedzeniem, duże brawa dla nich:). Jedzenie było bowiem towarem niezwykle pożądanym- przy takim wysiłku mogłem wchłonąć dowolną ilość, a sklepy są rzadkością . Nigdy nie sądziłem, że zakupy w spożywczaku mogą być tak wielką frajdą:)
Właściwie cała trasa była przepiękna, warto jednak wiedzieć, że miejsca takie jak Gulfoss czy Geisir są oblegane przez turystów. Nawet na niektórych drogach przez interior całkiem sporo ludzi przemieszcza się samochodami z napędem na cztery koła w celach turystycznych. To akurat dobrze, bo w razie wypadku jest spora szansa, że prędzej czy później ktoś nadjedzie. Mimo tego, były takie odcinki, że widziałem 1-2 samochody w ciągu całej doby.
Co do trudności tras przez interior, to drogi są generalnie przejezdne na monocyklu przy dobrej pogodzie. Oczywiście zdarza się dość często, że trzeba pchać pod górę, ale w skali całej trasy po drogach bocznych jechałem przez ok 70-80% czasu. Przy złej pogodzie bywa kiepsko nawet z chodzeniem:)
Problemem jest konieczność wożenia ze sobą jedzenia: np od Landmannalaugar do Akureyri nie można nic kupić przez jakieś 250km! Wody na szczęście jest zwykle pod dostatkiem- radziłem sobie mając jeden bidon 0,6l, z tym, że zdarzyło mi się dwa razy pić dość mętną wodę z rzek lodowcowych.
Z północy Islandii wróciłem na lotnisko autobusami i stopem. Autobusów nie polecam ze względu na wysokie ceny. Stop jest dośc rozpowszechniony, ze względu na małą ilośc połączeń autobusowych. Generalnie nie ma problemu, tylko ruch jest mały, więc czasami można dłużej poczekać:)
Teraz kilka słów o sprzęcie, bo takie padły pytania na forum.
Monocykl:
Nimbus 29 z korbami Krisa 125/150 i oponą Continental Mountain King 2,2 i koszykiem na bidon z obejmą.Oczywiście z hamulcem.
Jezdźiłem głównie na korbach 125, bo korby 150 używane na długich dystansach powodują poważny ból kolan.
Ciekawostką jest fakt, że jechałem na siodełku Nimbus Gel. Kris Holm Freeride mi nie leży- jest za szeroki po środku, a siodełko powietrzne mam we wstępnej fazie testów, więc nie mogłem ryzykować.
Opona świetnie się sprawdza do tego typu zastosowań (cross country, tour, jazda po mieście), bo ma znacznie mniejsze opory toczenia niż Kenda. Jest jednak znacznie węższa, ma mniejsze klocki i słabszą przyczepność na mokrym lub sypkim podłożu -do prawdziwego ‘Muni’ Kenda wygrywa.
Plecak 40l a w nim (lub na nim):
-Sprzęt campingowy:
namiot 1,3 kg, śpiwór puchowy 0,7kg, alumata, kuchenka gaz, dwa kubki metalowe 0,7 i 0,5 z przykrywką, scyzoryk, igła nitka, latarka czołówka, 2 zapalniczki
-Komplet kluczy, dętka, 2 zapasowe szprychy, lampka czerwona rowerowa
-Ubrania: kurtka i spodnie z membraną, lekki widstoper kurtka, spodenki kolarskie długie, bokserki kolarskie, 2x długi rękaw oddychający, 3xshirt, długie spodnie turystyczne, krótkie spodnie turystyczne, bielizna zwykła, 3xskarpetki, zestaw bielizny termoaktywnej do spania, bluza polar, sandały.
-Higiena: mydło, pasta i szczotka do zębów, golarka jedorazówka, plastry, bandaż, gaziki odkażające, aspiryna, mokre chusteczki, krem do siedzenia
-Jedzenie: pudełko plastikowe 20x30x6cm pełne jedzenia w proszku: owsianka, rodzynki, ziemniaki puree, warzywa suszone, kuskus, chinole… potem skład się zmieniał w zależności od dostępnych produktów. Do tego co mi wpadło w rękę: zwykle chleb i masło orzechowe, ciastka i czekolada.
Właściwie nie miałem niepotrzebnych rzeczy. Jedynie czerwona lampka rowerowa nie była potrzebna, bo do 11- 12 w nocy było jasno, a ruch na drogach minimalny. Mógłbym wyrzucić coś z ubrań, ale to tylko dla tego, że pogoda była zaskakująco dobra. Gdybym miał mniej szczęścia, mógłbym nieźle zmarznąć z tym co miałem. Średnia temperatura latem to 12 stopni.
Warto zwrócić uwagę na: sandały, mokre chusteczki, krem do siedzenia. Sandały lub trampki są potrzebne do brodzenia przez rzeki. Na bosaka byłoby to ekstremalnie niewygodne. Mokre chusteczki są niezastąpione gdy nie ma wody żeby się umyć, albo jest na to za zimno. Krem do siedzenia….pomaga:). Nie ma sensu wybierać się na Islandię bez namiotu. Miejsc do spania pod dachem jest niewiele i są drogie.
To by było tyle, w wielkim skrócie.
Zapraszam do oglądania zdjęć:
http://picasaweb.google.pl/pandzagu/Islandia?authkey=Gv1sRgCOOywOyhyaG7eg#
Maciej Jagielak
Najnowsze komentarze